SŁUCHAJ ONLINE
MENU

„Byliśmy obłąkani”. Odznaczenie w 100. urodziny Witolda Sadowego

fot. T.Deszkiewicz/RDC

Aktor, publicysta, komentator kulturalnego życia stolicy. Twórca powojennego teatru Warszawy. Witold Sadowy obchodził we wtorek swoje setne urodziny. Wyjątkowy jubileusz, który świętowano w Teatrze Ateneum w Warszawie, uświetniło prezydenckie odznaczenie Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości. W rozmowie z dziennikarzem Radiem dla Ciebie Cyrylem Skibą, artysta wspomina chwile największej sławy, doradza młodym aktorom i zdradza, co drażni go we współczesnej sztuce.

Cyryl Skiba: Czy pracując w świecie szeroko pojętej „kultury” można w ogóle mówić o emeryturze? Zdaje się, że jest Pan cały czas na bieżąco.

Ja w ogóle nie czuję się emerytem – nie myślę o tym. Widzę ogromny postęp, jaki wydarzył się w świecie. Żyję już cały wiek. To były czasy szalenie bogate. Przeżyłem tak wiele w kraju, który tak bardzo się zmienił.

Tworzył Pan warszawski teatr po wojnie w 1945 roku.

Wszystko leżało w ruinie. Całe życie marzyłem o teatrze. Od dziecka bawiłem się w aktora. Wojna wybuchła gdy miałem 19 lat. Aplikowałem do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Egzamin miałem wyznaczony na 7 września 1939 roku. Musiałem zostać aktorem ucząc się samemu na scenie. W 1945 roku pracowałem w pierwszym teatrze po wojnie – „Teatr Miasta Stołecznego Warszawy” przy ulicy Zamoyskiego. Jego twórcą był Jan Mroziński. U niego debiutowałem. Zawodu uczyłem się od najlepszych. Abecadło pokazał mi Ryszard Wasilewski. W Teatrze Polskim w 1946 roku zetknąłem się z wielkimi. Uczyłem się od Juliusza Osterwy, od Leona Schillera, Janusza Warneckiego, Karola Borowskiego. To byli artyści, którzy kształtowali mnie już przed wojną.

Co czuliście wtedy, w połowie lat czterdziestych?

Misję! To było posłannictwo! To było coś świętego! Pieniądze nie były dla nas ważne. Po wojnie byliśmy biedni i obdarci ale po prostu chcieliśmy być w teatrze. Dostawałem codziennie bochenek chleba i talerz zupy – nie pytałem o wynagrodzenie. Za przedstawienie dostawałem sto złotych. 500 złotych kosztował kilogram słoniny. Mój debiut był w 1945 w sztuce Maeterlincka „Burmistrz Stylmondu”. Zachwyciłem dyrekcję i dlatego dostałem podwyżkę do 150 złotych. Nie interesowały mnie samochody, luksusy i bogactwo. Tylko teatr. Byliśmy obłąkani. Byłem szczęśliwy.

Co się działo w Warszawie, gdy po raz pierwszy po wojnie wystawiono „Wesele” Wyspiańskiego z Pańskim udziałem?

Po wojnie ludzie tęsknili za teatrem. O bilety toczyły się boje. „Wesele” w 1946 roku grane przy Marszałkowskiej – to późniejszy Teatr Rozmaitości – to było wydarzenie. Pamiętam jak poetę grał Mieczysław Pawlikowski, a pannę młodą Maryna Żabczyńska. Jak myślę o tym, to mam łzy w oczach. To było coś przepięknego. Ludzie płakali. Grałem Widmo. Wchodziłem na scenę – to było coś nieprawdopodobnego. Pamiętam to doskonale. Księża zachęcali wiernych w kościołach, by szli do teatru na „Wesele”.

Witold Sadowy/fot. RDC

Na swoje setne urodziny i na nową dekadę, jak brzmią Pańskie życzenia dla stołecznych aktorów i teatrów?

Dzisiejsza młodzież jest wszechstronnie i wybitnie utalentowana. Tego kiedyś nie było. Młodzież jest niesamowita. Czasem tylko mówi niechlujnie. Życzę aktorom, by pięknie mówili – nie skrótami. Życzę im, by im się wszystko pięknie udawało. Jest ich całe mnóstwo i podziwiam ich, że jakoś dają radę. Co zauważam, to że ci młodzi ludzie za każdym razem grają premiery. Wystawiają sztukę dwa, trzy razy. Potem długa przerwa i znowu kilka przedstawień. Za moich czasów graliśmy daną sztukę ile się dało – nawet codziennie. Młodzież jest wspaniała. Patrzę na uczniów szkół teatralnych z podziwem.

Był Pań świadkiem wszystkich najważniejszych wydarzeń teatralnych – świadkiem nowych rozwiązań, postępu i zmian. Jakie są Pana prognozy dla teatru? Czy w tematach i myśli reżyserskiej może się coś jeszcze zmienić?

Nie jestem zachwycony współczesnym teatrem. W większości to publicystyka…

Za dużo polityki w teatrze?

Myślę, że tak. Lepiej było, kiedy aktorzy nie mieszali się w politykę. Zaczęli to robić od czasów „Solidarności”. Polityka jest brudna i parszywa. Trzeba mieć w niej grubą skórę.

…aktorzy mają ją chyba dość delikatną. Muszą być wrażliwi.

Nie można być aktorem i nie być wrażliwym. To, co aktor przeżywa, jest niebywałe. Aktor uczy się tekstu na pamięć, ale musi go wypełnić swoją osobowością – prawdą przeżycia. Wygrywa zawsze prawda.

Czy jest coś we współczesnym teatrze, co Pana urzeka?

U Krystyny Jandy są bardzo ciekawe przedstawienia. Na przykład ostatnia sztuka „Próby” na podstawie Bogusława Schaeffera. Widziałem dawniej „Dwoje na huśtawce” z Elą Kępińską i Zbyszkiem Cybulskim. Teraz ją widziałem z udziałem Anny Sroki-Hryń – była rewelacyjna.

Mówi się o Panu, że jest najdłużej żyjącym piszącym aktorem. Jak się Pan woli określać? Autor czy aktor?

Przestałem być aktorem już dawno – przez przypadek. Nie chciałem tego. Miałem bardzo dobre zawodowo momenty. Wszystko przerwał pożar Teatru Rozmaitości. Uznałem wtedy, że czas oddać scenę młodszym. Napływało wiele propozycji ale wolałem dać sobie spokój. Zacząłem pisać – także przez przypadek. W Życiu Warszawy przeczytałem artykuł o Teatrze Powszechnym za dyrekcji Ireny Babel. Odpowiedziałem na niego tekstem „Zaczęło się na Pradze”. Zaniosłem go do redakcji przy Marszałkowskiej. Tam poznałem moją przyszłą przyjaciółkę – Beatę Sowińską. Jako kierowniczka działu artystycznego wydrukowała mój tekst w dniu święta teatru 27 marca. Zaproponowała mi bym pisał co tydzień felietony.

Robi Pan jakieś podsumowanie z okazji urodzin? Pojawia się u Pana refleksja – jak zostanę zapamiętany?

Nie… Zawsze byłem człowiekiem skromnym. O nic nie walczyłem. W zasadzie byłem głupi. Nawet gdy miałem szansę przejścia do innego teatru za lepszą pensję to w imię wierności i uczciwości zostawałem. Moi koledzy chodzili do SPATiF-u gdzie przy kieliszku załatwiali sobie filmy, spektakle i kontrakty. Ja tam nie chodziłem. Niczego nie żałuję. Żyłem pięknie i poznałem wspaniałych ludzi.

***

Witold Sadowy grał Teatrze Polskim, Teatrze Nowym, Ateneum, Teatrze Klasycznym, Teatrze Studio i Rozmaitości. Po raz ostatni wystąpił na scenie w roku 1989 w roli Feldmarszałka w „Gałązce rozmarynu” Zygmunta Nowakowskiego. W latach osiemdziesiątych rozpoczął działalność jako felietonista teatralny w warszawskich gazetach: „Życiu Warszawy”, „Życiu Codziennym”, „Słowie”, „Expressie Wieczornym” i w ukazującym się w Nowym Jorku „Nowym Dzienniku”. W 2012 za wybitne zasługi dla kultury polskiej, osiągnięcia w pracy twórczej i działalności artystycznej odznaczony został Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W tym samym roku został wyróżniony medalem „Pro Masovia”. Jest autorem czterech książek o teatrze.

Posłuchaj rozmowy Cyryla Skiby z Witoldem Sadowym:

Posłuchaj też:

Strefa kultury: z wizytą u Witolda Sadowego

NAJNOWSZE INFORMACJE
RADIO DLA CIEBIE
  • Warszawa: 101 FM
  • Ostrołęka: 100,8 FM
  • Ostrów: 87,6 FM
  • Płock: 101,9 FM
  • Radom: 89,1 FM
  • Siedlce: 103,4 FM
  • DAB+
PUBLICYSTYKA
MUZYKA


wydanie online:
nm@rdc.pl

© 2020 Polskie Radio S.A. Radio Dla Ciebie
Wszelkie prawa zastrzeżone