SŁUCHAJ ONLINE
MENU

Z archiwum RDC: ze wspomnień redaktora Józefa Sobieckiego

Muzeum Małego Miasta przy Starym Rynku w Bieżuniu. foto.Józef Sobiecki 2006r.

Moja ostatnia wizyta u doktora Stanisława Ilskiego…

Była jesień roku 2006. Odwiedziłem wtedy doktora Ilskiego w jego domu wznoszącym się w starym parku, nieopodal pałacu Zamoyskich, niegdyś właścicieli Bieżunia. W przestronnym wnętrzu domu na każdym kroku widać książki. Doktor od kilku lat jest na emeryturze i zajmuje się niemal wyłącznie studiowaniem dokumentów o historii Bieżunia. W ostatnich latach w jego pracy najważniejsze są nagrania rozmów ze starszymi mieszkańcami miasteczka dotyczące głównie lat okupacji i okresu powojennego. Jest to niezwykle cenny dokument.

Udało mi się namówić doktora do osobistych wspomnień o starym Bieżuniu. – Najwięcej moich wspomnień związanych jest z Wkrą, która było dla mnie dosłownie rzeką rodzinną. Betonowy most, który obecnie znajduje się obok ruin młyna został zbudowany w latach 60-tych, kiedy regulowano Wkrę. Młyn był własnością moich rodziców. Dawniej do pałacu prowadził 50-metrowy drewniany most, o którym można przeczytać w dokumentach z 18. wieku. Był to most zwodzony, ponieważ przez niego wjeżdżało się do grodu obronnego w miejscu gdzie obecnie wznosi się pałac. I pałac i mój dom leżą na wyspie. Zachowały się resztki fos, a do pałacu dojeżdża się przez dwie wyspy. Mieszkańcy Bieżunia i okolicznych wsi żyli z rzeki: łowili ryby, polowali na ptactwo wodne, a także na zwierzęta futerkowe – wydry i piżmaki. Właśnie w tej chwili kończę pracę o rzece, która będzie wydrukowana w Bieżuńskich Zeszytach Historycznych. Pracujemy nad tym razem z synem Krzysztofem. Staramy się pokazać rzekę przed jej regulacją… To dla wielu obecnych mieszkańców będzie zaskakujące odkrycie. Okazuje się, że w samym Bieżuniu były cztery koryta rzeki. W rejonie Kępy Gołuskiej, o której pisze Henryk Sienkiewicz w „Krzyżakach” , było siedem koryt i wiele wysp, wysepek, z których jedna nazywa się Kępa Juranda. Po obu stronach rzeki rozciągały się tereny bagienne, gdzie żyły i gniazdowały ptaki wodne. Na wiosnę pierwsze przylatywały czajki, później kuligi, kurki wodne, nurogęsi, czaple, żurawie, wiele gatunków kaczek i gęsi…. Jeśli przed wojną wybiegałem na drogę, aby zobaczyć przejeżdżający samochód, co się zdarzało kilka razy w ciągu roku, to teraz wybiegam, aby zobaczyć stado dzikich gęsi lub żurawi. Dzisiaj Wkra jest znana wśród wędkarzy jako rzeka czysta i rybna, szczególnie w górnym biegu. Przed wojną ryb oczywiście było dużo więcej, a łowiliśmy je na proste leszczynowe wędy. Przed młynem stały wozy konne, a włosie z końskich ogonów zastępowało nam dzisiejszą żyłkę. Także mieliśmy niemal darmowe wędy. Trzeba było tylko kupić haczyk. Chociaż jeden starszy rolnik opowiadał mi, że robił haczyki u kowala. Spławik robiło się z pióra, albo z kory topolowej. W drugiej połowie 19. wieku Wkra była jeszcze rzeką spławną, o czym można przeczytać w starych dokumentach. Rzeką spławiano drewno, rzeką przewożono towary na targi i jarmarki do Bieżunia. Siano, które zbierano na terenach zalewowych, również przewożono łodziami. Zimą zwożono je saniami ze stogów po drugiej stronie rzeki. Lód wydobywany zimą z rzeki służył latem do ówczesnych lodówek. Wycinało się go ręcznymi piłami i gromadziło w lodowni pod przykryciem trocin lub słomy. W pałacu zachowały się do dzisiaj w sklepionych podziemiach takie pomieszczenia do przechowywania lodu. Przez cały rok lód ten służył do schładzania mleka w mleczarni, do produkcji lodów, przechowywania mięsa, czy ryb. Wkra służyła też do uprawiania sportów. Teraz nie widać, aby ktoś jeździł na łyżwach po zamarzniętej Wkrze. W latach 30-tych, kiedy byłem chłopcem, to wszyscy jeździliśmy na łyżwach. Mało kto miał łyżwy metalowe na tzw. żabki, czyli uchwyty, którymi się przykręcało łyżwy do butów, bo takie łyżwy były drogie. Chłopcy sami robili sobie łyżwy z drewna. Podkuwane je drutem, lub pałąkiem od starego wiadra i nazywano kopytami. W takim kopycie wypalało się otwory, przez które przeciągano sznurki i przywiązywało do butów. Na takich łyżwach jeździło się świetnie po ubitym śniegu, gorzej po lodzie. Sami też robiliśmy z desek proste saneczki. Do tego dorabiało się dwa kije z wbitymi na końcu gwoździami. Takimi kijami, klęcząc na saneczkach, odpychano się od lodu i rozwijano nawet dużą szybkość. Robiliśmy również malutkie saneczki wielkości stóp, na których jeździło się na stojąco. Do odpychania od lodu służył długi kij również uzbrojony na końcu ostrym gwoździem. Kiedy rzeka wylała na łąki i zamarzała, to można było na takich saneczkach mknąć przez kilka kilometrów. Zawrotną prędkość na takich saneczkach rozwijało się przy pomyślnym silnym wietrze. Wtedy można było wykorzystać kurtką jako żagiel. Pamiętam, że w latach 50-tych przed regulacją Wkry wybrałem się z kolegą wędkarzem na połów szczupaków. On pierwszy miał w Bieżuniu spinning, który wówczas na naszym terenie był nowością. Niemal każdy jego rzut spinningiem kończył się holem szczupaka – opowiadał.

Doktor Ilski zmarł 28 listopada 2007 roku.

W audycji „Z archiwum RDC” Roman Kochanowicz, były dyrektor Muzeum Małego Miasta i doktor Stanisław Ilski opowiedzą o życiu mieszkańców Bieżunia przed stu laty.

RADIO DLA CIEBIE
  • Warszawa: 101 FM
  • Ostrołęka: 100,8 FM
  • Ostrów: 87,6 FM
  • Płock: 101,9 FM
  • Radom: 89,1 FM
  • Siedlce: 103,4 FM
  • DAB+


PUBLICYSTYKA
MUZYKA


wydanie online:
nm@rdc.pl

© Copyright 2016 by Polskie Radio S.A. Radio Dla Ciebie
Wszelkie prawa zastrzeżone